Zaloguj się

Rozpoczęcie sezonu

Dzwoni budzik… 5 rano. Wyglądam za okno i myślę sobie: „leje, nie jadę nigdzie”. Jestem niewyspany – jak zwykle plan położenia się spać o 22:00 nie wypalił. Jeszcze jeden odcinek serialu zamienił się w kolejne 3… Do tego Marcin który miał jechać ze mną o 4 rano wysłał SMSa, że ciągle jest w trasie.

15 minut później jednak zwlekam się z łóżka. W końcu nie po to się pakowałem żeby teraz wszystko wrzucić z powrotem do szafy. Szybkie śniadanko, spacer z psami i o 6:00 jestem już w samochodzie. Ryzykuję i wybieram drogę autostradą – mam nadzieję, że pomimo deszczu nie będzie żadnych wypadków i korka, w końcu ruch jest niewielki.

Mam szczęście po drodze tylko niegroźna kolizja i niedługo po siódmej jestem na miejscu.  Teraz tylko 400m piechotą do miejscówki. W połowie drogi uświadamiam sobie, że w samochodzie zostawiłem krzesełko, ale nie chce mi się już wracać – będę siedział na macie.

Dochodzę na miejsce. Deszcz rozmoczył brzeg, jest okropne błoto, ale mam na sobie wodery więc nie powinno być problemu. Znajduję kawałek twardszego gruntu i rzucam klamoty na ziemię. 5 minut później pierwszy zestaw, podwieszona pod spławikiem płoć, jest już w wodzie. Chwilę później w wodzie ląduje makrela na zestawie gruntowym.

Rozkładam podbierak i parasol, a następnie przygotowuję sobie wygodne siedzenie z maty, pudełka i torby. Ciągle pada więc siedzisko musi być wygodne, bo wygląda na to, że pod parasolem spędzę kilka godzin. Szybka kawka z termosu i zabieramy się za przygotowanie trzeciej wędki – w końcu mam 2 licencje, więc trzeba je wykorzystać! Kolejny rig ze spławikiem, ale nieco inny – tzw „drifter”, czyli spławik z żaglem. Zima jest w tym roku ciepła, więc nie do końca wiem gdzie przebywa ryba, a „drifter” pozwoli mi szybko sprawdzić spory kawałek wody. O ile będzie dobry wiatr oczywiście. Po kilku minutach okazuje się że wszystko szybko spływa do brzegu, więc zmieniam spławik na normalny.

Łowię na trzech liniach – pierwszy spławik z podwieszoną w toni płocią przy zielsku ok 5m od brzegu. Drugi spławik z pstrągiem tęczowym tuż nad dnem w głębszym rowie za zielskiem na ok 10m. Zestaw gruntowy z połówką makreli natomiast w kolejnym rowie za drugą linia zielska ok 25-30m od brzegu. Miałem nadzieję na jakąś rybę zaraz po wschodzie słońca, jednak jest zupełna cisza i jestem trochę zawiedziony. Pierwsze branie następuje dopiero ok 10:00. Krótki odjazd na zestawie gruntowym, jednak wiem że ryba wypuściła przynętę zanim jeszcze podniosłem wędkę. Obawy potwierdzają się: puste zacięcie. Makrela ma parę niewielkich dziur – zapewne jakiś pistolecik, żadna strata. Zestaw wraca do wody.

Ciągle leje i jest zimno ok 4 stopnie. Ciepła kawa w termosie smakuje cudownie. Do tego totalna cisza. Zupełnie nic się nie dzieje, mimo zmian przynęt (makrele, płocie, szproty, smelty), stosowania atraktorów, zmian miejsc, podciągania zestawów, przerzucania… Myślę sobie: „w sumie wystarczy mi tylko jedna ryba – byle metrówka”. Chwilę później moje wymagania spadają do 90cm, a potem do 80cm. Ok 15 myślę już: „cokolwiek, choćby karp za ogon!”. Dopiero ok 15:30 coś znowu gryzie przynętę, tym razem płoć, z gruntu na trzeciej linii. Zacinam i czuję niewielki opór – pistolet. Ryba jednak wypina się w zielsku.

Postanawiam jednak zarzucić zestaw znowu i zaczekać jeszcze z godzinkę. Tym razem do wody wędrują dwie związane szprotki. Pół godziny później zaczynam się pakować. Zwijam wszytko do torby, składam parasol (przestało padać!) i powoli przygotowuję się na wyjęcie wędek.  o 16:30 jest już zupełnie ciemno więc czas do domu.

Jednak nim wyjmuję wędki z wody na zestawie gruntowym mam delikatne stukniecie. Powtarza się ono kilka razy, jednak nie jest to pozytywne branie. Postanawiam jednak zaciąć. Od razu czuję opór – dość silny, jednak ryba nie walczy zbyt mocno, żadnego odjazdu. Ot takie tam stanowcze przygięcia wędki. Myślę sobie że pewnie coś koło 60cm, z zielskiem zaplątanym dookoła ciężarka.

Ryba równym tempem płynie w prawo w stronę zwieszonego nad wodą drzewa. Jednak nie jest to „odjazd” – mam wrażenie jakbym przyciągał do siebie kłodę drewna, która od czasu do czasu lekko szarpie. Ok 3 m od drzewa na powierzchni pojawia się grzbiet – już wiem, że to nie pistolet. Na oko wygląda ze ma co najmniej 80cm. Szybka kalkulacja – jeśli nie zatrzymam jej teraz to w zaczepach nie mam szans – Marcin stracił w tym miejscu rybę kilka miesięcy temu. Na szczęście mój zestaw jest znacznie mocniejszy niż jego – wczoraj specjalnie założyłem szpulę z nowiutką plecionka 40lb. Wędka o krzywej ugięcia 3lb pozwala mi wypompować rybę z dala od drzewa. Ta jednak ciągle nie walczy zbyt zaciekle – po prostu próbuje odpłynąć równym, silnym tempem.

Szybko wyrzucam pozostałe wędki na pobliski krzak, żeby nie przeszkadzały. Parę podciągnięć i jest pół metra od podbieraka. Dopiero teraz parę razy rzuca się zaciekle, a ja widzę ze jednak jest nieco większa niż 80cm – na oko ma około metra! Nie ma już jednak szans – szybki ruch i jest w podbieraku. Ciągle trochę się szarpie ale to już koniec.

Na ziemie ląduję mata. Szybko przenoszę rybę i już widzę dlaczego nie walczyła. Kotwiczka zapięła się jednym grotem za górną a drugim za dolną szczękę. „Mamuśka” po prostu nie była w stanie efektywnie oddychać. Przydają się obcęgi do cięcia drutu – obcinam jedne z grotów i mogę otworzyć paszczę ryby. Ryba jednak nie jest wymęczona walka i postanawia walczyć. Ciągle ma jednak kotwice w pysku więc siłujemy się ok 2-3 minuty. Gdyby się poddała odhaczenie zajęłoby może ze 20 sekund. W końcu udaje się, jednak oboje jesteśmy zmęczeni. Kopnięciem przewracam torbę by dotrzeć do znajdującego się na jej dnie recovery sling’a.

Po chwili zanurzam rybę w wodzie, a sam zabieram się za przygotowanie aparatu. Włączam telefon którym zwykle robię zdjęcia… a on natychmiast gaśnie. Pusta bateria… a przecież podłączyłem go do ładowania wczoraj wieczorem. Zagadka wyjaśnia się dopiero później – moja żona wypięła ładowarkę z prądu bo myślała, że jest już naładowany. No nic… rozglądam się po okolicy za jakimś spacerowiczem. Zwykle jest ich pełno, jednak dzisiaj pogoda skutecznie zniechęciła wszystkich. Czyli nie będzie żadnego zdjęcia…

Zrezygnowany wyciągam więc wagę. Wyciągam rybę z powrotem na brzeg i czekam chwilę żeby woda spłynęła ze sling’a. Pierwsze ważenie: 22lb 6oz. Powtarzam 3 razy dla pewności. Wiem, że sling waży 1lb 12oz, czyli mam „dwudziestofuntowca”!

Przypominam sobie też, że mam przecież ze sobą kamerkę! Jest zupełnie ciemno, ale może uda mi się coś nią złapać. Ryba ląduje z powrotem w wodzie, a ja przekopuję wszystko w poszukiwaniu futerału z moim GoPro. Jest! Zakładam kamerkę na czapkę i biorę rybę z powrotem na matę. Szybkie mierzenie pokazuje 105cm. Poprawiam miarkę i upewniam się, że jest prosto. W końcu akceptuję wynik 103cm. Pierwsza ryba roku. Odrazu metrówka, w dodatku o wadze powyżej 20lb!

Szybka prezentacja ryby do kamery i wracamy do wody. Ryba odpoczywa kilka sekund, po czym rusza przed siebie. Udaje mi się ja chwile przytrzymać za ogon, jednak w końcu odpływa ona stanowczym ruchem.

Jestem szczęśliwy. Już myślałem, że będzie blank! Ważę jeszcze sling’a – mokry jest cięższy, ale o zaledwie 2 i pół uncji. Zaokrąglając 3oz. Szybka matematyka mówi mi, że ryba miała 20lb 7oz! Moja pierwsza zważona metrówka i od razu powyżej 20 funtów. Ten rok zapowiada się bardzo dobrze…

Po ciemku pakuję porozrzucane graty – byle jak wrzucam do torby.  Kilka minut później jestem już w samochodzie i piszę SMSa do Marcina: „Jak bardzo chcesz się zdenerwować???”. Wiem, że będzie sobie pluł w brodę, że nie pojechał ze mną…

1 Komentarz
  1. Profile photo of Marcuss
    Marcuss 3 lata temu

    Gratuluje jeszcze raz :D
    fajnie opisane i faktycznie nastepnym razem nie odpuszcze :D

Dodaj komentarz

Agencja Interaktywna:

Klub Polish Anglers Association (PAA) istnieje od 23 czerwca 2012 roku.
Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Kopiowanie artykułów i zdjęć bez uprzedniej zgody administracji portalu jest zabronione!
Copyright©2012-2014 www.polish-anglers-association.co.uk

Zaloguj się

or

Forgot your details?