Zaloguj się

Mój pierwszy kardynał…

Szkocja – ojczyzna whisky, facetów w sukienkach i mroźnej (jak na wyspiarskie warunki) zimy. Kraj gór i jezior, potwora z Loch Ness i batoników Mars smażonych na głębokim oleju (bleech). Kraj rzepy, owiec (pominę tutaj pewien niesmaczny żart o prawdziwym przeznaczeniu kiltów) i Braveheart-a. Szkocja – kraj który obdarzył mnie wieloma wspaniałymi rybami. To właśnie w Szkocji zaczęła się moja przygoda z wędkarstwem muchowym. To tutaj, dawno temu, złapałem swojego pierwszego pstrąga, troć i w końcu bohatera tego tekstu – lipienia.

Pierwsza próba

Kolejny sezon pstrągowy dobiegł końca. Zaczął się czas spinningowania za szczupakiem. Niestety wyniki były słabe – ryb niewiele i nieduże. Poprzedni rok był znacznie lepszy. Narzekali wszyscy – Rivan, Kriss, Onell, Esox. Każdy marudził, że ryba słabo bierze. Sezon na łososia się jeszcze nie zaczął, a część z nas tęskniła już za wiosną i kolejnymi pstrągami. Pozostali ulegli naszym namowom i z niecierpliwością czekali na sezon by zacząć swoja przygodę z muchą.

Pewnego (niesłonecznego) dnia któryś z nas przypomniał sobie o lipieniach. Tak się składa ze sezon na lipienia trwa w Szkocji właśnie w zimie. Problem w tym, że żaden z nas nigdy nie łowił lipieni. No ale jak to mówią, zawsze musi być ten pierwszy raz:D

Szybki rekonesans i już wiemy ze jedna z lokalnych rzek – Clyde – ma całkiem ładna populacje lipienia. Niestety nie wiemy gdzie ich szukać. Pomocni okazują się sprzedawcy w okolicznych sklepach wędkarskich, którzy wyjawiają nam na których odcinkach rzeki próbować szczęścia. Polecają nam też kilka najczęściej stosowanych muszek.

W międzyczasie Kriss nabywa swój pierwszy zestaw muchowy i pewnego grudniowego poranka w dość licznym gronie stawiamy się nad rzeką. Oprócz mnie, Rivana i Krissa przyłącza się jeszcze Saku (mieliście okazję poznać go w Derby), Pike_Hunter oraz Onell i Radek. Radek wychował się nad Sanem i praktycznie całe życie łowił na muchę, zna też ten odcinek Clyde, mamy więc kogo podpatrywać.

Rozpoczynamy przygotowania – składanie zestawów, pierwsze kroki Krissa w nauce rzucania i … okazuje się że Saku zostawił swoje wodery na noc w samochodzie. Tej nocy był spory mróz i zamarznięte wodery połamały się na kawałki. Niezbyt dobry początek dnia. Nie tracimy jednak humorów, a Saku postanawia łowić z brzegu – na szczęście po obu stronach rzeki jest dość płasko.

Po dojściu do rzeki okazuje się, że poziom wody jest mocno podniesiony – przez ostatnie pare dni padało w rejonie źródeł. Nasza pierwsza miejscówka jest nie do zdobycia – uciąg utrudnia sprowadzenie niewielkich nimf głębiej niż jakiś metr, podczas kiedy rynna ma dobrze ponad 3m głębokości. Wiemy jednak, że są w niej ryby – potwierdza to dwóch lokalnych wędkarzy łowiących z gruntu. Oni też jednak mają mierne wyniki. Niestety z powodu bliskości mostu który uniemożliwia rzuty ponad dołek nie jesteśmy w stanie nic wykombinować i po kilku minutach rozchodzimy się w różne strony. Część z nas udaje się w górę rzeki, reszta w dół.

Ja idę w górę, razem z Krissem i Rivanem. Rzeka w tym kierunku ma górski charakter – wielkie głazy, kamieniste dno, podmyte brzegi. Jest ciekawie, ale jednak rzeka nie poddaje się łątwo – prąd wody jest silny, podniesiona i nieco zakolorowana woda utrudnia lokalizowanie ryb. W jednym miejscu mam branie, ale spóźniam zacięcie i ryba ucieka. Chwile później Rivan łapie malutkiego pstrąga. Ryba jest tak malutka, że nawet nie chce się przyznać, że coś złapał.

Po jakimś czasie dochodzimy do wniosku ze nic tutaj nie złapiemy. Ruszamy w drugą stronę. Wracając ciągle próbujemy szczęścia, ale bez rezultatu. Kriss ciągle wścieka się na poplątany zestaw i przeklina nas za to że namówiliśmy go do łowienia „na tą ch***rna muchę”. Mijamy most i ruszamy w dół rzeki. Tutaj ma ona inny charakter – nieco bardziej nizinny. Najpierw dość krótki przełom, woda jest tutaj wzburzona, dno kamieniste, silny prąd. Przypominamy sobie, że Radek wspominał o tym miejscu – podobno lipienie lubią siedzieć w płytkiej wodzie przy brzegu. Niestety nie udaje nam się żadnego wypatrzeć.

Nieco dalej dno jest już piaszczyste, a prąd słabszy. Udaje nam się dogonić resztę. Oni też nie mają dobrych rezultatów – nikt jeszcze nic nie złapał. Łowimy kolejne kilka godzin, ale bez szczęścia…


Jedno z obławianych przez nas miejsc.

 

Druga próba

Niepowodzenie nas nie zniechęca i w kolejny weekend znowu stawiamy się nad wodą. Skład nieco mniejszy – tylko ja, Kriss i Rivan. Radek i Onell mają do nas dołączyć około południa. Znowu zaczynamy idąc w górę rzeki – poziom wody jest nieco niższy, ale ciągle podwyższony. Wracamy do mostu, gdzie spotykamy Onella i Radka. Radek postanowił spróbować dziś nieco innej taktyki – łowi na przepływankę w rynnie przy mostku. W ciągu jakiejś godziny miał 3 lub 4 lipienie. Czyli dziś ryba bierze!

My idziemy w dół rzeki, jednak długo nic się nie dzieje. Mijamy „bankówki”, ale nie ma żadnych efektów. Po jakimś kilometrze, w pewnym miejscu mam branie. Ryba spada. Szkoda, ale tak czy siak jest obiecująco. Postanawiam zawrócić w kierunku mostu. Zauważam też wracającego Rivana – on również nie miał szczęścia. Postanawiamy wrócić na jedno z najbardziej obiecujących miejsc – głęboki basen na ostrym zakręcie rzeki. Jego brzegi porastają krzewy, a woda jest dość spokojna. Piaszczyste dno z ciekawymi łachami i rynnami wydaje się być doskonały domem dla ryb. Z daleka widzimy też nadchodzących Onella i Radka. Radek postanowił jednak wyjąć muchówkę i spróbować swojego szczęścia w tym samym miejscu co my. Radek daje nam cenne rady i pokazuje swoje pudełko z lipieniowymi muszkami. Jesteśmy zaskoczeni – tutejsi wędkarze sugerowali niewielkie nimfy i klasyczne mokre muszki w niewielkich rozmiarach: 14, 16, a nawet 18. Muchy Radka to ogromne kiełże na hakach rozmiaru 8 i 10! Wydają się bardziej nadawać do tzw. polskiej/czeskiej metody, niż do łowienia na długą nimfę. Radek ma dobry humor i każdy z nas dostaje jednego kiełża na spróbowanie. Łowimy przez jakiś czas. Miejsce nie jest wcale takie proste jak się wydaje – rzeka w tym miejscu jest szeroka i dość głęboka. Wymaga więc dalekich rzutów. Radek, zdecydowanie najlepszy z muszkarz z nas wszystkich, bada miejsce bardzo metodycznie. W końcu zostaje nagrodzony. Okazuje się, że kluczem do sukcesu jest precyzyjny rzut pod krzaczki. Niedługo potem Onell, łowiący obok niego, łapie swojego pierwszego lipienia. Co więcej jest to jego pierwsza ryba na muchę!

Nasza trójka niestety nie ma tak łatwo – z miejsca w którym jesteśmy ledwie dorzucamy do miejsca gdzie powinny być ryby. Jest blisko, ale ciągle brakuje te pół metra. Zmieniam więc taktykę – zamiast próbować krzaczków, obławiam żwirowatą rynnę idącą nieco pod kątem i mająca ujście u moich nóg. Po kilku rzutach ciężka nimfa klinuje się jednak między kamieniami i zostaje tam na zawsze. Szybko przeglądam moje pudełko i postanawiam spróbować własnoręcznie zawiązaną „polską” nimfę z metalowym koralikiem oraz niewielkiego kiełża – mojego pstrągowego „killerka”. W międzyczasie Radek ma kolejną rybę – chyba pstrąga.


Mój ulubiony kiełżyk

 

Starannie obławiam całą rynnę. W pewnym momencie pozwalam spłynąć zestawowi w dół rzeki. W momencie kiedy końcówka sznura jest na mojej wysokości zatrzymuje się. Patrzę na stojący jakieś 2-3 metry ode mnie sznur… i nagle uświadamiam sobie, że to branie! Ryba musiała być pod moimi nogami – stoję w wodzie po pas, a z obu moich stron są wypłycenia – tam jej na pewno nie było!

Zacinam i jestem zaskoczony reakcją – czuje potężne pociągnięcie. Oddaje rybie linkę. Mam przypon z żyłki 0.10mm i boję się, że nie wytrzyma tak gwałtownej walki. Ryba na początku rusza pod prąd by schronić się w głębinie. Udaje mi się ją zatrzymać. Zaczynam przyciągać ją do siebie, jednak ona robi coś nieoczekiwanego – rusza z ogromną prędkością w moją stronę. Ledwie nadążam wybierać luz (uwierzcie, że wybieranie linki tak by jej nie poplątać, stojąc po pas w rwącej, lodowatej wodzie, walcząc jednocześnie z ryba wcale nie jest takie proste jakby mogło się wydawać). Mój przeciwnik ociera się o mnie i rusza w dół rzeki na kamieniste wypłycenie za mną. Wiem, że popełniam kilka błędów – ryba kilka razy ma nieco za dużo luzu i chyba tylko szczęście (lub nietopowe ułożenie planet) zapobiega jej wypięciu. Znowu muszę oddać odrobinę linki i ryba wchodzi w silny nurt na płyciźnie. Tego co nastąpiło zupełnie się nie spodziewałem – opór wzrósł gwałtownie. Mam wrażenie ze holuję ciężarówkę. Ciągły, silny opór na granicy tego co uważam za bezpieczne dla przyponu. Dochodzę do wniosku, że to lipień. Musiał spróbować opisywanego przez wszystkich triku i w nurcie postawił swoją płetwę. Płetwa lipienia jest jak ogromny żagiel i stawia w wodzie naprawdę silny opór.

Zaczynam lekko pompować. Początkowo ryba walczy, ale po kilku zrywach poddaje się. Mimo tego muszę nieźle się napracować, żeby przyciągnąć ją do siebie. Łatwiejsze okazuje się zrobienie kilku kroków w jej kierunku. W końcu udaje mi się wyciągnąć ją na powierzchnię. Potwierdza się to co myślałem – lipień. Jeszcze tylko kilka sekund i ląduje w podbieraku.

Cały hol trwał ok ok 2-3 minut. Długo biorąc pod uwagę wielkość ryby – 40cm. Było jednak warto: lipień jest naprawdę prześliczny. Purpurowa płetwa nie pozostawia złudzeń dlaczego jest nazywany „kardynałem”. Inne określenia jak „książę rzeki” też do niego pasują. Potwierdza się też informacja o przyjemnym, nieco ogórkowym zapachu ryby.


Mój pierwszy lipień!

 

Rivan obserwujący cały hol robi kilka szybkich zdjęć i ryba wraca do wody. Kriss krzyczy do mnie, że chyba potrzebuję lekcji z holowania ryb, skoro tak długo się męczyłem. Ale ja wiem, że to tylko docinki blankującego.

Co ma pływać, nie utonie… albo jakoś tak:)

Łowimy jeszcze jakiś czas, ale nikt już nic nie łapie. Radek i Onell się poddają i postanawiają wrócić do domu. Ich miejscówkę zajmuje Kriss (ale niewiele mu to pomaga), Rivan idzie znowu w dół rzeki, a ja postanawiam obłowić pozostałe rynny w okolicy.

Niestety rezultaty są niezbyt pocieszające. Zrezygnowany decyduję przenieść się na kolejną rynnę. Podnoszę nogę i … nagle wokół mnie jest woda. Łowiąc nie zauważyłem, że podniósł się poziom i silnie wzrósł prąd. Kiedy stawiałem nogę w wyjście rynny woda podcięła mnie i sobie „usiadłem”. Jest tutaj dość głęboko, na szczęście wodery mam spięte pasem i woda nie wlewa się do środka. Powietrze złapane w spodniach i pod wodoodporną kurtką pozwala mi unosić się przez jakiś czas na powierzchni.

Kriss widzi wszystko i rusza mi na ratunek. Nim dociera do mnie ja dopływam do płycizny na której walczyłem z moim lipieniem. Powietrze pod kurtka zaczyna uciekać i idę na dno, jednak jest już na tyle płytko, że nie mam problemów ze wstaniem pomimo silnego prądu.

Docieram na brzeg i zaczynam zrzucać mokre ubrania. Na szczęście popłaca doświadczenie alpinisty – wszystkie moje ubrania są z tkanin odpornych na wodę. Kriss pomaga mi wykręcić koszulkę termiczną, power-streach’a, kurtkę z primaloftu oraz windstopper. Dzięki pasowi woda nie wlała mi się do woderów i nogi mam suche. Zakładam z powrotem ubrania. Mimo zimna (jest w okolicy 0C, pewnie nawet mniej) jest mi ciepło – nowoczesne ubrania grzeją nawet jeśli są kompletnie przemoczone.

Niestety mój telefon nie ma tyle szczęścia. Woda i mróz pozbawiają go życia… myślę że to uczciwa cena za mojego pierwszego „kardynała”.

Tekst: Michal @michald Dziemianko
Zdjęcia: Michal @michald Dziemianko, Maciej @rivan Kowalkowski

Dodaj komentarz

Agencja Interaktywna:

Klub Polish Anglers Association (PAA) istnieje od 23 czerwca 2012 roku.
Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Kopiowanie artykułów i zdjęć bez uprzedniej zgody administracji portalu jest zabronione!
Copyright©2012-2014 www.polish-anglers-association.co.uk

Zaloguj się

or

Forgot your details?