Zaloguj się

Salmonidy – narodziny pasji!

Kilka tygodni temu rozmawiałem przez telefon z Michałem naszym Adminem. Zapytał mnie czy mógłbym napisać kilka słów o pstrągach, na co je łowię i jak narodziła się moja miłość do Tych ryb.

Pomimo tego że łowię pstrągi już od kilkunastu lat to tak naprawdę dopiero przyjaźń z moim mentorem w wędkarstwie spinningowym Andrzejem Konowrockim otworzyła mi oczy na wiele rzeczy i pozwoliła jeszcze skuteczniej łowić te piękne ryby. Pan Andrzej jest wybitnym fachowcem w połowie ryb łososiowatych, autorem kilku książek, pisuje dla czasopism wędkarskich. Jest właścicielem strony internetowej „Tropami salmonidów”. Wygrał masę zawodów w połowie ryb szlachetnych. Dlatego właśnie postanowiłem poprosić Pana Andrzeja aby napisał dla naszego klubu kilka słów jak to się u niego zaczęło, skąd właśnie miłość do ryb łososiowych – ta wielka pasja do Salmonidów. Dlaczego właśnie salmonidy? Trudno to w pełni zdefiniować. Powodów jest co najmniej kilka. To jedyna w swoim rodzaju słodkowodna rybia arystokracja. Jej przedstawiciele są obiektem pożądania wśród wędkarzy na całym świecie! To ryby nietuzinkowe, dostarczające łowiącym je wędkarzom wyjątkowych doznań. Ryby piękne, waleczne i nierzadko nieprzewidywalne, trudne do złowienia, ustawiające łowiącym je wędkarzom bardzo wysoko poprzeczkę. Tych ryb właściwie się nie łowi, to raczej forma polowania z wszystkimi jego atrybutami: tropieniem, skradaniem się, maskowaniem. Nie bez znaczenia pozostaje tu także specyfika łowisk i towarzyszące im klimaty.

 

Wszystko zaczęło się od pstrągów…

Ryby fascynowały mnie od zawsze. Pierwsze kroki z wędką stawiałem w okresie uczęszczania do szkoły podstawowej, mając bodajże 12 lat. Zaczynałem jak niemal każdy z nas, od wędki spławikowej, uganiając się nad pobliską rzeką za uklejami, kiełbiami, jelcami i płotkami. Później przyszedł czas na spinning i pierwsze większe ryby. Wszystko to jednak straciło blask pewnego majowego dnia, kiedy wracając ze szkoły do domu, zatrzymałem się przy sklepiku z prasą i lustrując znajdujące się za szybą wystawową gazety, spostrzegłem coś, co przyprawiło mnie o szybsze bicie serca w piersi i wypieki na twarzy. Było to pismo  „Wiadomości Wędkarskie” – miesięcznik. Pobiegłem do domu po pieniądze i po dwóch kwadransach siedziałem już przy biurku i przeglądałem z zachwytem ów periodyk. Wówczas to natknąłem się na teksty i zdjęcia, które sprawiły, że w jednej chwili zatraciłem się zupełnie – rzecz dotyczyła połowów pstrąga potokowego. I tak oto, od pierwszego wejrzenia, zrodziła się wielka namiętność, której konsekwencją były moje dalsze życiowe losy i poczynania.

Nie od razu jednak mogłem zacząć realizować marzenia. Miałem bowiem wówczas 15 lat, mieszkałem na Mazowszu, nie opodal Warszawy, a tam, w pobliżu, nie było rzek w których mógłbym łowić pstrągi, no i rodzice stanowczo twierdzili że jeszcze jestem za młody na takie wojaże. Musiałem wobec tego na pierwszą samodzielną pstrągową wyprawę  jeszcze trochę poczekać. Nie traciłem jednak czasu. Pierwszym etapem przygotowań była teoria. Większość wolnego czasu poświęcałem na wyszukiwanie książek i pism wędkarskich, w których mogłem znaleźć jakiekolwiek informacje o pstrągach, ich sposobach łowienia, opisy dotyczące łowisk tych ryb oraz wędkarskie relacje i opowiadania z ich połowów. Przy lekturze tych ostatnich przepadałem bez reszty, niektóre z nich – z wypiekami na twarzy, czytałem po kilkanaście razy. Nie było wówczas tego wiele, mimo to, sporo się dowiedziałem, a fascynacja połowem tej wspaniałej ryby na spinning i dzikimi, urokliwymi łowiskami w których można było ją łowić, wzmagała się we mnie z coraz większą mocą. Później pomyślałem o skompletowaniu odpowiedniego zestawu spinningowego – co w tamtych czasach nie było proste – i w końcu, na pobliskiej rzece, zbliżonej charakterem do rzek pstrągowych, zacząłem szlifować umiejętność rzutów małymi, lekkimi błystkami oraz sposoby ich prowadzenia w różnych warunkach. A łowione tam z coraz lepszym skutkiem klenie okazały się  niezwykle pomocne w zdobywaniu pierwszych wędkarskich doświadczeń i umiejętności w połowach spinningiem w niewielkiej rzece.

 

Pierwsze kroki na Ziemi Obiecanej

Wybór miejsca na pierwszą pstrągową wyprawę był już dawno przesądzony. Będąc wówczas pod wrażeniem wspaniałych tekstów o pomorskich pstrągowych łowisk pióra  Karola Leonowicza i Jerzego Dawidowicza, niemal natychmiast popadłem w fascynację tą piękną i dziką krainą. Najbardziej oczarował mnie opis Gwdy wraz z jej dopływami, byłem przekonany, że tamtejsze tereny i rzeki to właśnie moja wymarzona Ziemia Obiecana. Toteż tam właśnie postanowiłem wyruszyć.

Po nieprzespanej nocy, spędzonej niemal w całości w wąskim, zatłoczonym korytarzu wagonu kolejowego pociągu dalekobieżnego relacji: Katowice – Warszawa – Kołobrzeg, z ponad godzinnym opóźnieniem, dotarłem wczesnym rankiem pięknego lipcowego dnia do Piły. Czułem się nieco zmęczony ale jakże szczęśliwy, że niebawem zacznę realizację swoich wielkich marzeń. Późnym popołudniem, na urokliwej śródleśnej polanie usytuowanej na wysokim wzniesieniu w pobliżu rzeki Gwdy, miałem już przygotowane obozowisko, w którym to, słychać było szum wody przelewającej się po pobliskim bystrzu. Pierwszy kontakt z rzeką i otaczającymi ją terenami wywarł na mnie ogromne wrażenie emocjonalne. Urzekało dosłownie wszystko… Jedynie wynik krótkiego wieczornego wędkarskiego rekonesansu nieco mniej zachwycał, bowiem pierwszą złowioną rybą, chociaż okazałą, był ponad półkilogramowy okoń. Zaatakował błystkę w wartkim, głębokim bystrzu z dużymi głazami i kamieniami – oczywiście myślałem, że to pstrąg, tymczasem… jakiż zawód. Przed zmierzchem złowiłem jednak swojego pierwszego pstrąga, niewielkiego, ale cieszyłem się. Potem wieczorne ognisko przy akompaniamencie cykających świerszczy. Upieczony na nim na kolację złowiony wcześniej okoń. Pohukiwanie sowy. Cudownie rozgwieżdżone niebo. Wędkarskie plany na jutrzejszy ranny wypad.

Na ziemi obiecanej

O świcie przenikliwy chłód. Srebrzysta rosa na trawie. Dymiąca mglistym oparem rzeka. Klangor żurawi niosący się z pobliskich mokradeł. I rozpierająca mnie z każdą chwilą ogromna radość, że tu jestem. Także nadzieja, na spotkanie z przyzwoitym pstrągiem.

Nim pierwsze złociste promienie wznoszącego się ponad wierzchołki drzew słońca rozświetlają rzeczną dolinę łowię pstrąga. Niewielkiego, kopia wczorajszego wieczornego. Ale cieszę się, mając nadzieję, że to tylko przedsmak tego, co tak naprawdę dopiero przede mną. Wkrótce, wspaniałe poranne rzeczne plenery tak mnie zachwycają, że przez jakiś czas właściwie zapominam po co tu tak naprawdę przyjechałem. Dopiero po trzech godzinach łowienia przy bezchmurnym niebie i coraz mocniej przygrzewającym słońcu poczułem znużenie, uświadamiając sobie jednocześnie, że kompletnie nic się nie dzieje. Nie przejmowałem się tym jednak za nadto, wciąż bowiem przyjemności czerpałem z samego obcowania z rzeką, jej malowniczej otoczki i towarzyszących wędkowaniu klimatów. Niebawem doszedłem do niewielkiej zatoczki sąsiadującej z wartkim nurtem. Cała była pokryta warstwą białej piany. Zaintrygowało mnie to miejsce. Pomyślałem, że warto kilka razy rzucić błystką. W drugim poprowadzeniu przynęty, na obrzeżu zatoczki, silne targnięcie! Ryba miota się na przeraźliwie na wędce. Jestem tak zaskoczony, że tracę zupełnie głowę i kurczowo trzymam ją w miejscu, nie pozwalając jej odejść w nurt bystrza. Nagle woda pęka, w powietrze wzbija się gejzer piany, z którego, wykonując efektowny piruet, wyskakuje okazały pstrąg. Miękną mi nogi. Jestem cały roztrzęsiony. Serce wali mi w piersi jak oszalałe! Z tego, co działo się później, nie wiele kojarzę. Pamiętam tylko, że pstrąg jakiś czas okropnie jeszcze szalał, a ja, nieco przerażony, obawiając się, że mi się wyhaczy, starałem się jak najszybciej wyholować go na brzeg. Udało mi się to. Potem, kiedy już leżał nieruchomo na trawie, długo nie mogłem oderwać od niego wzroku. Niemal rozpływałem się ze szczęścia! Był to piękny, 44 cm samiec, z nieznacznie już wykształconą hakowato „kufą” w dolnej żuchwie pyska.

Narodziny pasji

Wracając do obozowiska z tak wspaniałym trofeum w plecaku, wiedziałem już, że to, co we mnie od jakiegoś czasu dojrzewało, tak naprawdę teraz dopiero zawładnęło mną bez reszty, na zawsze!

Tekst i  zdjęcia:
Andrzej Konowrocki
Łukasz Wiencek

Zapraszamy do dyskusji na forum w wątku Salmonidy – narodziny pasji.

Dodaj komentarz

Agencja Interaktywna:

Klub Polish Anglers Association (PAA) istnieje od 23 czerwca 2012 roku.
Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Kopiowanie artykułów i zdjęć bez uprzedniej zgody administracji portalu jest zabronione!
Copyright©2012-2014 www.polish-anglers-association.co.uk

Zaloguj się

or

Forgot your details?