Zaloguj się

II spływ rzeką Wdą

Spływ Doliną Rzeki Wdy jak zawsze zapowiadał się pasjonująco. Jest to mój drugi spływ tą rzeką i przyznam się bez bicia, że nie mogłem się go doczekać. Planowanie tej wyprawy nie było długie. Na pytanie mojego Teścia…
– Płyniemy jutro ?? – odpowiedzieć mogłem tylko jednoznacznie. Tak między nami panowie to jaki człowiek o wędkarskich zapędach odmówił by takiej przejażdżce??


Nie znam takiego wędkarza, więc sam z ochotą przystępuję do spływu. Zaczynamy wcześnie rano. Nie spiesząc się… Nie będę w tym reportażu pisał teść, bo to jest tak nijako. Wiem, że oficjalnej zgody jednej strony nie mam, ale będę mówił po imieniu, bo to przecież pod publikę idzie.

Tak, czy inaczej, tato, będę pisał Wiesiek… ( mam nadzieję, że przy następnym spotkaniu dostanę schłodzone piwo marki Specjal, jeśli nie to znaczy, że podpadłem).
Tak, więc nie spiesząc się Wiesiek rozkłada w pychówce wszystko, to co mogłoby Nam tylko pomóc w tych wojażach. Na początku mocuje silnik elektryczny, potem kolej jest rozłożenie naszych „tobołków” i sprzętu. Ruszamy.

 

Odbijanie to jedna z najprzyjemniejszych części spływu. Przed nami otwierają się wrota, do nie zapomnianych przeżyć i do tych możliwości do, których zwykły śmiertelnik łowiący z brzegu nie ma szans nawet zakosztować. Łowiłem na Wdzie z brzegu nie jeden raz i muszę stwierdzić, że jest to rzeka bardzo trudna. Nie mówię tu o odcinkach nie dotkniętych regulacją z lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale właśnie o odcinku między dwoma elektrowniami wodnymi w miejscowości Żur i Gródek. Stan wody na tym odcinku Wdy różni się znacząco od naturalnych odcinków i jest większy zapewne o około dwa metry. Taki wyższy poziom wody stwarza dobre warunki do bytowania i rozwoju szczupaków. W tych wodach pływają naprawdę piękne sztuki. Kilka razy w roku dowiaduję się od właśnie mojego teścia o takich pięknych szczupakach, która padły łupem miejscowych i nie tylko spinningistów.

Tylko szkoda, że te wyrośnięte „krokodyle” nie są wypuszczane. To wielka strata dla tej wody. Po wypłynięciu z pod elektrowni „Żur” mój kapitan kieruje łódź w dół rzeki. Dzisiaj jest pochmurno, ale i tak w polaroidach widać wiele.

Piękna woda i jeszcze piękniejsze można tutaj znaleźć rynny i doły na zewnętrznych łukach rzek. Niesamowite. Na prawdę. Mijamy pierwszy zakręt rzeki.

Moim oczom ukazuje się przepiękna rynna i umocniony tłuczonymi kamieniami brzeg. To na pewno dobre miejsce na pstrągi i grube klenie. Byłem tutaj kilka razy, ale nie sądziłem, że jest tutaj tak głęboko. Jednak czysta, zimna woda daje inne wyobrażenie o wodzie. Wychodzimy z zakrętu i mijamy kilka zwalisk.

Z tego miejsca jest już nie daleko do mostu i drogi łączącej miejscowość Osie z Drzycimiem. Mijamy most i wychodzimy na prosty odcinek. To typowa pstrągówka na tym odcinku rzeki.

To nie jest typowa prostka, ale odcinek rzeki z charakteru lekko odchodzący to w lewą stronę to w prawą. Widać to doskonale na zdjęciach.

Ciekawe są jak zawsze zewnętrzne podmyte zakręty rzeki. Głębokie rynny, podmyty brzeg i zwaliska spowodowane pracą bobrów sprawiają wrażenie nie dostępnych. Bo i tak jest w rzeczywistości. Do obłowienia tych zakrętów niezbędna jest łódź najlepiej z silnikiem. Co najciekawsze miejscowi spinningiści łowią tutaj z dryfu. Nawet jak elektrownie chodzą i woda śmiało płynie doliną. Nie neguję pomysłu i patentu, ale ja czasami wolałbym postać na haku kilka minut i nieco dokładniej obłowić niektóre zakamarki rzeki. Wychodzimy na prostą. Tutaj zaczyna się odcinek pstrągowy. Są lepsze miejscówki, wypłycenia na środku rzeki. Jest więc co robić. Ten odcinek bardziej sprzyja łowiącym z brzegu, dlatego między innymi cieszy się takim wżięciem. Mijamy tą prostkę, żeby niepokoić pstrągów będących pod ochroną i zaczynamy łowić na pierwszym zakręcie.

Nie jestem za bardzo przygotowany do takiego łowienia, ale to co mam w pudełkach w zupełności mi wystarczy na tą wyprawę. Zakręty jak wspomniałem są tutaj naprawdę głębokie, ale szczupaki z opowieści brały nie na głębokim plosie, ale na głównym spadzie. Jak podejrzewam głębokie ploso jest pewnie domem tych pięknych ryb. Na żer podpływają one zapewne na płytszą wodę w okolice brzegów i umocnień, czyli tam gdzie jest jeszcze drobnica. Klasyczne zachowanie szczupaków. Tak jak na Wiśle w zimnych miesiącach lub na moim jeziorze koło Sztumu. Wiesiek obławia swoim sposobem strefę brzegową, czyli spad przy brzegu z rynną i zwaliska. Ja nie jestem dziwadłem i łowię podobnie, ale nie pasuje mi to trochę. Ja zawsze łowiłem z kotwicą i nie za bardzo potrafię na jednej kapitalnej miejscówce wykonać góra kilka rzutów. Jednak to mój teść jest tutaj wodzem, więc nawet nic nie mówię. Nie wypada marudzić. Przed 10 na chwilę wychodzi słońce.

Robi się od razu przyjemniej, a i fotki wychodzą jakoś lepiej. Dostają nie złych kolorków. Cały czas łowię na woblery, które dociążam oliwką pół metra przed przynętą. Dzięki dociążeniu wobler taki nurkuje dużo szybciej, a ja mam pewność, że łowię w przydennych warstwach wody, czyli tam gdzie powinny czaić się nasze „potwory”. Nie byłbym sobą, gdybym nie wytrzymał i nie posłał w dół rippera o długości 10 cm. na 22 gramowej główce Mustada. Dzięki temu mogę dokładnie obłowić dobrą rynnę zmierzyć głębokość, która w niektórych miejscach dochodzi do około sześciu metrów!! W najgłębszych miejscach muszę zwiększyć masę główki do 30 gramów.

Nastał czas na przerwę i ognisko. Spływamy, więc do brzegu by rozpalić ogień. Trochę zmarzliśmy, więc to będzie dobry pomysł, żeby się ogrzać i odpocząć.

Na początek trzeba przynieść trochę suchych gałęzi, żeby przygotować opał pod ognisko, dopiero potem będzie można cieszyć się błogim leniuchowaniem. Opału nie brakuje w tym miejscu i szybki coś kombinujemy.

Kilka chwil i już płonie ognisko w lesie… Tylko szkoda, że nie mamy kiełbasy. Jakoś nie pomyśleliśmy o tym zawczasu. Teraz musimy zadowolić się tylko kanapkami.

Wracamy na wodę. Zaczyna wiać i powoli mam uczucie, że zaczyna padać. Czyli prognoza pogody się spełnia. Niestety… Powoli zaczynamy już wracać. Teraz obławiamy drugą stronę rzeki. Pierw płynąc z prądem łowiliśmy po prawej jej części, teraz natomiast obławiamy jej lewy brzeg. Woda w rzece już ustała ( elektrownie skończyły pracę ), więc mamy łatwiejsze pole do popisu i lekko płyniemy na silniku.
Miło jest łowić z wędkarzem, który wie co robić. Wiesiek znając doskonale wodę napływa na miejscówki łowiąc jednocześnie. Ja bym jak na razie tak nie potrafił.
Wiadomo, to wymaga wprawy, a żeby ją nabyć to wymaga to miesięcy treningu.
Jak Wiesiek to powiedział: - Sław to potrafi dopiero łowić i płynąć jednocześnie. Sam nie wiem gdzie trzyma rękojeść od silnika. Chyba w t***u.
Może nie była to odpowiednio zacytowana wypowiedź Wieśka, ale przekaz pozostał ten sam. Dla informacji Sław to kolega mojego teścia. Jest najbardziej zwariowanym spinningistą na północ od Żura. Podobno człowiek nie może się nudzić z nim na łodzi. Nie wiem. Nie pływałem jeszcze z nim, ale może już w przyszłym roku przeżyję to na własnym grzbiecie. Powrót nie wymaga od mojego kapitana tyle zachodu co droga w stronę Gródka (dół rzeki). Nurtu już praktycznie nie ma, ale za to zawiewa. Wiatr się wzmaga, niebem przetaczają się ciężkie ołowiane chmury i jest groźba jej oberwania. Mamy ze sobą deszczówki, więc o tą część wędkowania możemy być spokojni. Natomiast nie możemy być spokojni o brak współpracy szczupaków z naszymi przynętami.
Wiesiek to spinningowy konserwatysta i na „gumy” łowi z rzadka. Kocha łowić na wahadła i woblery. Lubi wobki Rapali i tak widzę, że nie rozstaje się z nimi na krok.
Ja nie jestem taki uparty i kombinuję. Wobler, guma, wobler, guma. Kolejne zakręty, kolejne wpuszczenie „gumy” w głęboką toń rynny i zero reakcji ze strony szczupłych.

Wiesiek mówi, że nie wiem co się dzieje. Zawsze tutaj były przynajmniej brania.
A teraz?? Kompletna studnia. Mówię, że wędkarstwo to nie tylko ryby. Liczy się w dużej mierze przyroda i to dla niej powinniśmy się skupiać. Ryby to uzupełnienie. Jeśli dzisiaj nie dopisały to nic. Będą gryzły kiedy indziej. Płynąc od miejscówki do miejscówki moim oczom ukazuje się fascynujący widok dziesiątek lub stwierdzę , setek zwalisk na dość małym obszarze. Widok to niezapomniany.

Te sceny widać dokładnie na zdjęciach. To dobrze, że sprawcy tych prac mogą żyć w zgodzie i nie psuje im się ich pracy. Bobry, bo o nich mowa to doskonały przyjaciel rzek i wędkarzy. I tak powinno być. Budowle budowane przez bobry, wszelkiego rodzaju zwaliska doskonale hamują rzeczny nurt, podwyższając dzięki czemu lekko spiętrzona woda nawadnia okolice, bagna.

Wędkarze natomiast mogą w pełni korzystając z pomysłowości bobrów. Zwaliska to doskonałe kryjówki dla drobnicy i drapieżników, dlatego nie dziwi mnie, że każdego sezonu pada na „dolnej wodzie” ( miejscowa nazwa tego odcinka rzeki ) tyle okazów.

Czas powoli wracać, bo czas nagli, a i obiad trzeba zjeść. Jeszcze obłowimy kilka miejscówek i będziemy się pakować. Dopóki mamy przynętę w wodzie, to zawsze jest szansa na rybę. Wierzę w tą regułkę jak niektórzy w elementarz i kombinuję jak mogę. Ostatnie pół godziny to istny „agresiw” w moim wykonaniu. Wściekły ripper Mannsa o długości 10 cm. na główce Mustada o masie 30 gram.. Ostro gram przynętą przy dnie. Stukam, podrywam. To już nie jest wolne jednostajne prowadzenie. Tak łowiłem przez kilka godzin. Teraz czas na zmianę techniki i ostro daję czadu.
Może się uda. Ostatnie głębokie miejscówki i urokliwe zwaliska. To moim zdaniem miejsca na metrówkę, o której marzę tyle czasu. Jeśli nie dzisiaj to kiedy??
Sam nie wiem. Spływamy. Nadzieja znikła. Fascynacja pozostała. Sen o dużym szczupaku wróci już nie długo. Może w przyszłym roku się uda.

 

Tekst, zdjęcia: Przemek Szymański, listopad 2007

Dodaj komentarz

Agencja Interaktywna:

Klub Polish Anglers Association (PAA) istnieje od 23 czerwca 2012 roku.
Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Kopiowanie artykułów i zdjęć bez uprzedniej zgody administracji portalu jest zabronione!
Copyright©2012-2014 www.polish-anglers-association.co.uk

Zaloguj się

or

Forgot your details?