Zaloguj się

Boczny trok w rozmiarze XL

Fot. autor: Paweł Mirecki

Spinningowanie z bocznym trokiem, a ściślej – ultralekka odmiana tej techniki jest w Polsce bardzo popularna.

Metoda ta najczęściej jest stosowana wczesną wiosną. W tym czasie nad naszymi wodami można spotkać wędkarzy uzbrojonych w delikatne kije z kołowrotkiem z nawiniętą żyłką o średnicy nieprzekraczającej 0,16 mm i malutką przynętą – twisterkiem – na cienkim haczyku. Celem ich wyprawy są wprawdzie okonie, ale jako przyłów często wyjmują również inne drapieżne gatunki ryb. I nie ma w tym nic dziwnego, bo boczny trok daje możliwość przydennej i bardzo wolnej (czasami prawie stacjonarnej) prezentacji wabika. Dzięki temu jest to wprost wymarzona metoda na leniwe, nieskore do ataku ryby. Zastanawia mnie jednak w związku z tym, dlaczego ciężka odmiana tej techniki nie zyskała wśród naszych wędkarzy zbyt wielu zwolenników. Mam nadzieję, że swoim artykułem uda mi się zachęcić do polowania z ciężkim trokiem na inne niż okonie gatunki rzecznych ryb.

Po co komu ten trok?

Spróbujmy na początku odpowiedzieć sobie na pytanie, po co utrudniać sobie życie, wiążąc jakieś troki? Odpowiedź jest oczywista: odpowiednio dobrane obciążenie pozwala na zarzucenie nawet na dużą odległość i poprowadzenie przy samym dnie bardzo lekkiej, małej bądź powierzchniowej przynęty.

Jaki jest jednak sens w stosowaniu takich przynęt, skoro są inne, „fabrycznie” przeznaczone do przydennego prowadzenia? No cóż, gdy ryby są w amoku żerowania, faktycznie – nie ma takiej potrzeby. Inaczej sprawa wygląda, gdy z jakichś sobie tylko znanych powodów nie są chętne do współpracy. Najlepszym wyjściem jest wówczas, jak już wspomniałem, wolna prezentacja przynęty tuż przy kryjówkach drapieżników.

Nie zapominajmy też, że wiele naszych łowisk jest krańcowo przełowionych, ryby opornie reagują w nich na standardowo stosowane i prowadzone wabiki. O wiele łatwiej je skusić, prezentując coś, czego jeszcze nie znają. Ponadto na łowiskach z dużą presją drapieżniki ustawiają się w trudniej dostępnych miejscach, takich jak uskoki dna, rynny wymyte przez nurt za zatopionymi przeszkodami, rozmyte główki czy śródrzeczne rafy. Jakby tego jeszcze było za mało, często miejsca te są znacznie oddalone od brzegu. W sumie nie pozostaje nam więc nic innego, jak zmontować boczny trok.

Jak to się montuje?

   O sposobach montowania ultralekkich zestawów okoniowych i o prawidłowych proporcjach między długościami troków z przynętą i z ciężarkiem napisano już wiele, zatem nie ma co wyważać otwartych drzwi. Nieco inaczej jest w przypadku zestawów na okazałe sztuki. Tu nie wystarczy zmontowanie takiego samego zestawu, tyle że z grubszej żyłki. Stosując ciężki trok, na szpuli kołowrotka mam nawiniętą plecionkę (wyjątek stanowi łowienie troci na muchę tubową, ale o tym pisałem w poprzednim numerze WMH), do której przywiązuję trójramienny krętlik. Do przeciwległego oczka dowiązuję fluorokarbon, do którego z drugiej strony mocuję przynętę bądź bezpośrednio (hak gumy lub streamera), bądź przez agrafkę z krętlikiem (woblery i wahadłówki). Do trzeciego, dolnego oczka dowiązuję trok z żyłki, na końcu której mocuję obciążenie. Przy doborze średnic jest bardzo ważne, by żyłka była dużo cieńsza od fluorokarbonu, który jest znacznie mniej wytrzymały. W przeciwnym razie, gdy ciężarek ugrzęźnie w zaczepie, a to zdarza się często, oprócz niego stracimy również przynętę.

boczny1Czy użycie fluorokarbonu nie jest „przerostem formy nad treścią”?

Uważam, że mimo mniejszej wytrzymałości inne jego cechy sprawiają, że nie powinno się z niego rezygnować. Po pierwsze, jest dużo bardziej od żyłki odporny na ścieranie, a to, zwłaszcza gdy łowimy w kamieniach i zawadach, jest bardzo ważne. Po drugie, jest mało rozciągliwy, co umożliwia wyczucie nawet delikatnych brań słabo żerujących ryb. Po trzecie, jest znacznie sztywniejszy od żyłki, dzięki czemu możemy rzucać większymi, często koziołkującymi w locie przynętami bez dużego ryzyka splątania zestawu. I wreszcie nie bez znaczenia jest fakt, że ze względu na swoją przezroczystość jest w wodzie praktycznie niewidoczny.

Długość troków uzależniam przede wszystkim od rodzaju przynęty i jej ciężaru. Gdy łowię na woblery i wahadłówki, używam fluorokarbonu długości 1–2 m, łowiąc na muchę, często stosuję przypony 2–3-metrowe. Najwięcej możliwości eksperymentowania przy ustalaniu długości troków dają gumy. Tu w zależności od tego, jak chcę prowadzić i zaprezentować przynętę, stosuję trok długości od 0,3 do 3 m. Im bardziej agresywnie – tym przypon powinien być krótszy.

Średnicę fluorokarbonu dopasowuję do gatunku ryb, na jakie się nastawiam. Tych, którzy do tej pory łowili tylko na tradycyjne linki uspokajam, że ogólna zasada jest prosta – zawsze stosuję fluorokarbon nieco grubszy niż gdybym łowił na żyłkę (np. na klenie i jazie wybieram średnicę 0,20, na pstrągi i brzany 0,25, na trocie, i sandacze i szczupaki 0,30 mm).

Z gumą na haczyku

Najfajniejsze w łowieniu z trokiem jest to, że w większości przypadków nie trzeba inwestować w nowe przynęty. Często stare, zapomniane blaszki, woblerki czy gumki zawieszone na końcu takiego zestawu dostają „nowe życie” i stają się ponownie prawdziwymi kilerami. Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was może sceptycznie podchodzić do tego, o czym teraz piszę, ale spróbujcie, a przekonacie się, że to naprawdę działa.

boczny2

Duży sandaczowo-szczupakowy twister założony na pojedynczy hak i prowadzony w nurcie rzeki pracuje zupełnie inaczej niż wtedy, gdy był tradycyjnie założony na główkę jigową. W zależności od potrzeb możemy również zmniejszyć agresywność jego pracy przez przycięcie ogonka lub zwiększyć ją, montując przed nim na haku zapożyczoną od muszkarzy „magic head” (nakładka w kształcie lejka wymuszająca bardziej „woblerową” pracę).

Na zastoiskach rzecznych lub odcinkach z wolnym nurtem skuteczne bywa zamontowanie przed twisterem kulki styropianowej bądź kawałka pływającej pianki. Dzięki temu prostemu zabiegowi w przerwach między podciąganiem zestawu przynęta będzie wolno unosiła się do góry.

Jak widać, operując tylko jednym twisterem, mamy wiele możliwości modyfikacji jego pracy. Identycznie można kombinować z ripperem, np. wkładając w dolną część jego „brzucha” ołowiane śruciny, ustabilizujemy go i wymusimy iście „wężową” pracę.

boczny3

Piórkiem po nosie

Grupą przynęt, na które nie sposób byłoby łowić na spinning bez zastosowania bocznego obciążenia, są muchy. Kilka lat temu poznałem wędkarzy polujących na naszych rzekach ze średnimi i dużymi streamerami na sandacze i bolenie. Kiedy ryby miały ochotę współpracować, odpowiednio poprowadzona guma czy wobler były skuteczniejsze od ich przynęt. Ale gdy przyszedł taki moment, że nie byłem w stanie nic zdziałać, koledzy uzbrojeni w wabiki z piór mocno „przytarli mi nosa”.

boczny4

Po wielu sezonach spędzonych nad rzekami ze spinningiem w ręku zauważyłem pewną prawidłowość: gdy drapieżniki przestają reagować na agresywnie pracujące przynęty, należy im podać coś znacznie bardziej subtelnego. Bez wątpienia streamery spełniają to kryterium. Jeszcze kilka lat temu nie było alternatywy i tylko stosując muchy, można było sobie poradzić w takich warunkach. Dzisiaj przemysł wędkarski oferuje całą gamę przynęt dropshotowych, które prowadzone (niezgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem) na główce jigowej lub bocznym troku swoją nietypową, delikatną pracą nierzadko skuteczniej od streamerów kuszą ostrożne ryby.

boczny5

Trok ze sterem

Do prowadzenia z bocznym trokiem świetnie nadają się również woblery powierzchniowe i płytko schodzące. Można nimi praktycznie przez cały rok skutecznie łowić większość drapieżników, i to na rzekach o różnym charakterze.

Zimą na trociowym szlaku, gdy mogłoby się zdawać, że ryby przez minione miesiące widziały już wszystkie przynęty świata, przeprowadzenie w pobliżu ich kryjówek niewielkiego, wręcz pstrągowego woblera bywa bardzo owocne. Podobnie jest na wiosennym przyborze, z tą jednak różnicą, że aby skusić wysrebrzonego kelta, lepiej założyć większą przynętę. Z kolei na nizinnych wodach zarówno wiosną, jak i latem dzięki systemowi z trokiem można niewielkim powierzchniowym woblerem obłowić – normalnie pozostające poza zasięgiem – rafy będące kryjówką kleni i jazi.

boczny6

Latem na średniej wielkości ostro pracujące smużaki prowadzone w silnym nurcie tuż przy żwirowato-kamiennym dnie świetnie reagują brzany.

Jesienią uklejokształtnym modelem postawionym w warkoczu ostrogi zainteresują się zarówno sandacz czy szczupak, jak i gruby boleń.

W stylu retro

Do prowadzenia z bocznym obciążeniem nadają się także wahadłówki. Aby uniknąć uporczywych zaczepów, należy tu stosować modele wykonane z cienkiej blachy grubości 0,8–1,0 mm.

boczny7

W środowisku trociarzy świetnie znane są leciutkie, wydłużone i mocno krępowane wahadłówki, zwane trzebiatówkami. Zostały one stworzone przez wędkarzy znad Regi , specjalnie do obławiania głębokich rynien. Historia tych przynęt sięga czasów, w których nikt nie słyszał o czymś takim, jak boczny trok. Powszechny w tamtych latach brak w sklepach sensownych przynęt zmuszał spinningistów do zdobywania harcerskiej sprawności „małego majsterkowicza”. Z dostępem do materiałów też było ciężko, przynęty robiono więc z tego, co udało się zdobyć. Wędkarze znad Regi wpadli na pomysł, by do produkcji blach wykorzystać bezpieczniki kolejowe, tzw. kubki (wolę nie myśleć, jak je zdobywali). Przynęty wykonane z tego cienkiego materiału genialnie pracowały, ale były bardzo lekkie i wymagały dodatkowego obciążenia. W tym celu dawni łowcy salmonidów zakładali na żyłkę główną ciężarek przelotowy, który stopowali na stałe wciśniętą w jego otwór zapałką.

Pół żartem, pół serio można uznać, że wędkarze z Trzebiatowa byli polskimi pionierami w spinningowaniu z dodatkowym obciążeniem, które z czasem przekształciło się w powszechnie dzisiaj znany boczny trok.

Lekka wahadłówka prowadzona na troku sprawdza się przy polowaniu nie tylko na trocie, lecz również na inne, praktycznie wszystkie drapieżniki. Jej wyższość nad tradycyjnymi ciężkimi blachami tkwi w niepowtarzalnej pracy. Nie dość, że nawet w słabiutkim nurcie praktycznie bez zwijania kolebie się na boki, to jeszcze świetnie poddaje się zawirowaniom wody, przez co jej zachowanie w rzece jest nieprzewidywalne. Potrafi nagle odskoczyć na bok, by za chwilę unieść się, następnie zacząć opadać, a to pobudzi nawet najbardziej ospałego drapieżnika. Dlatego w swoim arsenale mam cienkie wahadłówki, na różne łowiska i ryby, w rozmiarach od S do XXL.

Zwijać czy podciągać?

Skoro już wyjaśniłem, jak zmontować zestaw, jakie przynęty, gdzie i na co można stosować, powinienem teraz podpowiedzieć, jak go prowadzić. I tu zaczynają się schody, bo przy odpowiednio dobranym zestawie zdecydowana większość sposobów prowadzenia (oczywiście w określonych warunkach) może być skuteczna i trudno mi przedstawić „jedynie słuszną” receptę na sukces.

Boczny trok w rozmiarze XL stosowany na rzece daje więcej możliwości zróżnicowania sposobów prowadzenia przynęty niż jego anorektyczny brat królujący na wodach stojących. Tu wszystkie chwyty są dozwolone. Prezentacja przynęty zależy od tego, gdzie ją zarzucimy, jak długi przypon zastosujemy, jaki ciężarek założymy i jakie ruchy nadamy mu za pośrednictwem wędki i kołowrotka. Każdą miejscówkę – bez znaczenia, czy to będzie podwodna rafa, karczowisko, ostroga, prostka, czy wlew – możemy obłowić na wiele sposobów. Nie ma się co oszukiwać, aby świadomie i powtarzalnie stosować konkretne triki, potrzebna jest odpowiednia liczba roboczogodzin spędzonych nad wodą i nie mniej urwanych ciężarków i przynęt. Na szczęście nawet łowiąc nieco „po omacku”, szansę na skuszenie niechętnej ryby są znacznie większe niż wtedy, gdybyśmy spinningowali konwencjonalnie.

boczny8

boczny9

Dodaj komentarz

Agencja Interaktywna:

Klub Polish Anglers Association (PAA) istnieje od 23 czerwca 2012 roku.
Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Kopiowanie artykułów i zdjęć bez uprzedniej zgody administracji portalu jest zabronione!
Copyright©2012-2014 www.polish-anglers-association.co.uk

Zaloguj się

or

Forgot your details?